Ameryka coraz twardziej stawia veto rosyjskim rurociągom w Europie. Od miesięcy amerykańscy dyplomaci naciskają na europejskie rządy i koncerny energetyczne. W styczniu ambasador w Niemczech Richard Grenell straszył w Handelsblatt: “firmy budujące rurociąg są w ciągłym zagrożeniu, bo sankcje są zawsze możliwe”. USA mogą użyć eksterytorialnych (nie związanych e Stanami) sankcji także wobec “sojuszników”, którzy za bardzo się kumają z wrogami Ameryki. W przypadku Nord Stream 2 – to Niemcy.

Ambasador straszy mniejsze firmy, wykonujące prace techniczne, te nie mają siły wielkich energetycznych koncernów europejskich, nie chcących się podporządkować amerykańskim żądaniom. Oczywiście zrobią to “z własnej woli”, gdy uświadomią sobie groźbę realnych sankcji.

Ministerstwo Gospodarki mówi, że już w 2017 r. Amerykanie obiecali, że w branży gazowej nie będą wprowadzali sankcji i nic nie wiadomo, żeby to się miało zmienić. Niemcy zresztą cały czas jeżdżą do Waszyngtonu i tam przekonują, żeby nie wprowadzać sankcji, że to projekt biznesowy, nie polityczny.

Później Richard Grenell wysłał listy do przedsiębiorstw zaangażowanych w budowę Nord Stream 2. I grozi im sankcjami, o ile nie zrozumieją że to zły rurociąg dla Europy, a firmy mogą ponieść koszty swego nieposłuszeństwa.

Ambasador jawnie broni interesów Ukrainy, która dzięki kontroli tranzytu gazu do Europy, może szachować obie strony. “Jeśli dostawy gazu do Europy przez Ukrainę staną się zbędne z powodu Nord Stream 2 i Turkish Stream, Kijów straci swoje znaczenie” – pisze do przedsiębiorstw.

Jak dodał później rzecznik ambasady, nie jest to groźba, ale klarowny wyraz amerykańskiej polityki. Dokładnie, świetnie ujęte. Tylko że tak można nastraszyć pojedyncze przedsiębiorstwa, natomiast Niemcy stają się przez takie interwencje coraz bardziej antyamerykańscy i coraz mocniej popierają budowę Nord Stream 2.

Niemcy nazywają tego pana “wysłannikiem od obalania rządów”. Heiko Maas, szef niemieckiego MSZ mówi oficjalnie: “europejska polityka energetyczna powinna być decydowana w Europie nie w Stanach”.

(Ech ci Niemcy, my lubimy, jak nasz sojusznik mówi nam, jaką mamy mieć politykę i od kogo kupować gaz i ropę 🙂

Amerykański ambasador w Niemczech to coś jak pani Mosbacher w Polsce. Tylko za Odrą Amerykanie straszą polityków niemieckich otwarcie w niemieckich gazetach (a u nas w gabinetach ew. w listach). I jeśli ktoś się dziwi listom pani ambasador, to chyba nie wie, jak działa amerykańska dyplomacja. Bo takie interwencje to standard. Normalny sposób działania.

Ale ze sprzedażą własnego gazu LNG do Europy przez amerykańskich dostawców to przecież nie ma nic wspólnego, no nic… nieprawdaż? Przykład Polski to przecież pokazuje, nie będziemy kupować rosyjskiego gazu? Nie będziemy. A jaki będziemy kupować? No jaki?

Jakiś komentarz?

Please enter your comment!
Please enter your name here