Teza o gazie ziemnym jako produkcie przejściowym do ery nowej energii – bez emisji dwutlenku węgla – była dobrą podstawą tak do rozwoju i eksportu niemieckich zielonych technologii energetycznych, jak i rosyjskiego gazu do Europy.

Jednak ostatnio rozwój głównego rynku energetycznego Europy – Niemiec – podważył tę tezę. Przede wszystkim węgiel brunatny (zamiast eletrowni jądrowych) służy jako podstawa i zużywa się go najwięcej w historii. Niemcy są przy tym jego największym producentem na świecie, zyskując przy tym 20 tysięcy miejsc pracy. A przypomnijmy, że węgiel brunatny emituje 1,153 grama CO2 na kWh, gdy gaz ziemny zaledwie 428 gramy – prawie 3 razy mniej.

Węgiel kamienny, który wg ambitnych planów w 2018 roku Niemcy mają przestać używać w energetyce, dokonuje reszty. Zamiast znikać – zastępuje gaz. Proszę porównać na poniższych grafikach Instytutu Fraunhofer, jak niewielkie jest wykorzystanie mocy gazowych

i jak elastyczna jest generacja energii z węgla kamiennego. Wykres wykorzystania mocy węglowych (poniżej) wygląda jak grzebień. To moce węglowe uzupełniają bowiem brakującą energię z wiatru i słońca, a nie gaz. I działają w zakresie od 20% do 100% dostępnych mocy z bardzo szybką zmiennością.

Jak to mówią, cena czyni cuda. Zamiast amerykańskiego gazu mamy na razie amerykański (rzeczywiście tani) węgiel. To spowodowało, że gaz został wypchnięty z niemieckiej energetyki. Gdy do tego doszło techniczne osiągnięcie elastyczności reagowania na gwałtowne zmiany generacji prądu przez zielone źródła, które pracują według kaprysów natury, a nie potrzeb człowieka – mamy ten “przeklęty, brudny, trujący” węgiel jako podstawowe źródło energii. I to w najbardziej pro-ekologicznym europejskim kraju.

Czyżby to nie ratowanie klimatu było najważniejsze? Jeśli nie CO2 to co?

Tekst z 2014 roku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here