Rosyjski gaz dla Europy to przedmiot transatlantyckiego konfliktu „od zawsze”. Jeszcze prezydent Reagan próbował uniemożliwić poprzez sankcje połączenie Starego Kontynentu rurociągami z Rosją (wtedy jeszcze ZSRR). Dzisiaj przeżywamy kolejną odsłonę tej walki, w której Ameryka chce narzucić własne reguły gry i sama decydować, kiedy Rosji przykręcić kurek. To właśnie bezceremonialnie zaproponowano jako warunek zniesienia sankcji na Nord Stream 2. Ale przychodzi zima, a z nią mrozy i cała ta polityczna narracja zostaje zdmuchnięta jak piana z kufla piwa.

Właśnie taką chwilę przeżyliśmy niedawno, w styczniu, który był tak mroźny, że zapotrzebowanie na ciepło (a więc gaz) gwałtownie wzrosło. I wtedy okazuje się, co jest realnym zabezpieczeniem w sytuacjach kryzysowych. I nie jest nim wcale brutalnie wciskany przez Amerykę gaz LNG.

Gdy mróz wymusza gwałtowne zwiększenie zużycia gazu, pierwsze w kolejności do użycia są magazyny, jednak te mają ograniczone moce wydawcze. Wydobycie gazu w Europie szybko spada, więc trzeba zwrócić się do dostawcy. Do kogo? A kto ma gaz? „Krawaty kupujemy we Włoszech, a gaz w Rosji” – jak to mawia prezydent Putin. Dzięki mrozom Gazprom w styczniu pobił historyczny rekord miesięcznych dostaw – wyeksportował do Europy ponad 19 mld m3 (to prawie roczne potrzeby Polski). Co ciekawe, do tego rekordu przyłożyliśmy się także my, zwiększając zakupy gazu z Rosji o 90% (r/r) i zmniejszając odbiór „gazu wolności” o 55%.

Wyjaśnienie jest proste: zza oceanu gaz dotrze po miesiącu, jeśli w ogóle. Musi on przepłynąć cały Atlantyk, co zajmuje 3 tygodnie. A po drodze może go podkupić inny nabywca, który jest w większej potrzebie i dysponuje zasobniejszym portfelem. Podbija cenę i gaz płynie do niego. Tak było w styczniu, gdy zdrętwiała od mrozów Azja (Japonia, Chiny) kupowała gaz LNG po każdej cenie, nawet powyżej 1000 dolarów za 1000 m3. Europa nie chciała tak drogo płacić. Wyjaśnienie jest proste – Rosja sprzedawała gaz w długoterminowych kontraktach po 180-200 $. Nic więc dziwnego, że europejskie terminale LNG stoją puste (ich wykorzystanie w IV kwartale ub. roku to zaledwie 31%), gdy rury aż się grzeją. Choć nie wszędzie.

Drugi pod względem wielkości dostawca europejski – Norwegia, ma coraz większe kłopoty – wydobycie gazu systematycznie spada. W 2017 r. osiągnęła szczyt produkcji gazu (122 mld m3) i od tej pory wydobycie wciąż spada. W 2020 r. było to już 112 mld m3 – zmniejszyło się o 10 mld m3 gazu, czyli tyle, ile Polska zamierzała stamtąd importować rurociągiem Baltic Pipe. Ale norweskie złoża mają też inną wadę, otóż nie można nimi sterować w zależności od potrzeb. Tam o poziomie wydobycia decyduje natura i ciężkie warunki na głębokim i sztormowym morzu. Nie jest to więc gaz pomocny w ratowaniu się przed mrozami.

Takie ratunkowe dostawy z Rosji zdarzają się nie po raz pierwszy. Podobnie było 3 lata temu, w lutym 2018 r. Mrozy skuły Europę, ceny podskoczyły o 30%, magazyny błyskawicznie pustoszały (a wtedy wydają gaz dużo wolniej), a rosyjskie rury też się aż grzały. Gazprom ustanowił wtedy rekordy dziennych dostaw do Europy. 21 lutego 2018 r. zaczęła się rekordowa dekada – przesłano 645 mln m3, każdego następnego dnia więcej, aż 2 marca doszło do rekordowych 713 mln m3. To są ogromne ilości. Średnie dzienne dostawy do Europy do w najlepszych latach 550 mln m3/dziennie. Średnie zużycie dzienne gazu w Polsce to 55 mln, zaś rekordowe (właśnie w styczniu br.) wyniosło 81 mln m3.

Jeszcze ciekawiej było zimą 2012/13. Unia Europejska była tak przyciśnięta mrozami, że pozwoliła Gazpromowi w pełni wykorzystywać moce przesyłowe pierwszych nitek Nord Stream. Było to złamanie sztandarowej regulacji unijnej – III pakietu energetycznego, pozwalającego na korzystanie tylko z połowy jego mocy. Jakoś to oficjalnie uzasadniono – były to „testowanie” rurociągu. Miało trwać tydzień, ale mrozy nie ustąpiły, a trzeba było czymś grzać, więc „testy” trwały aż do kwietnia. Potem znowu Bruksela przykręciła Rosji gazowy kurek na Nord Stream.

Niemcy i Europa dobrze wiedzą, dlaczego nie mogą ulec gazowemu szantażowi zza oceanu. Nie chcą marznąć w zimie. A jeśli Unia chce porzucić węgiel (a po Polsce widać, że czyni to bezwzględnie, nie patrząc na szkody dla gospodarki), nie obędzie się bez rosyjskiego gazu. Dlatego też nasze walki o zablokowanie Nord Stream 2 przypominają chłostanie morza i są równie nieskuteczne, jak to było w przypadku króla Kserksesa.

5 lutego 2021, dla Myśl Polska, grafika: Platts, Global S&P

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here