Między Rosją a Arabią Saudyjską wybuchła wojna naftowa, która ma także charakter ambicjonalny, obie strony ostro szarżują. Z pewnością mocno się nawzajem pokaleczą, ale najcięższe rany wcale nie oni poniosą. Przez ostatnie kilka lat państwa dość sobie obce, czasami wrogie, nie mające praktycznie żadnych więzi gospodarczych, ale połączone wspólnotą interesów, rozgrywały taktyczny alians, zwany OPEC+.

A Rosja to przecież jeden z trzech głównych wrogów USA, gdy Arabia Saudyjska jest jednym z największych sojuszników, kupującym sobie wpływy poprzez pieniądze, będąc największym nabywcą amerykańskiej broni. I ten największy gracz jest zawsze obecny, nawet gdy go nie ma… jak to się mówiło na lekcjach matematyki… „jeden w pamięci”. Przecież w grudniu 2019 r., gdy osiągnięto porozumienie, książę ibn-Salman powiedział, że „to szczęśliwy dzień dla producentów łupkowej ropy w Ameryce”.

Saudowie

Koszty tej wojny dla Arabii Saudyjskiej, w pełni uzależnionej od eksportu ropy naftowej, są potężne. Jeśli ropa ropa będzie kosztować 30 dolarów, oznacza 22-procentowy deficyt, czyli dziurę w budżecie wielkości 46 miliardów dolarów (połowa polskiego budżetu). Dla Rosji ten poziom jest dużo łatwiejszy do zniesienia, gdyż obecna jej cena równowagi budżetowej to 42,2 dolary.

Arabia Saudyjska ma największe i najtańsze złoża, (2,8 $/bbl bezpośrednie koszty wydobycia), jednak to właśnie ten kraj jest najbardziej uzależniony od wysokich cen ropy. Ogromne wydatki socjalne, oparte w całości na dochodach z eksportu ropy (a 80% eksportu to właśnie ropa) wymagają dla równowagi cen 84 $.

Source: Emirates NBD Research

Pytanie, czy powtórzy się historia z 2014 roku? Wtedy Arabia Saudyjska miała 680 mld $ rezerw, i na obronę wydatków budżetowych zużyła 150 mld. Po dwóch latach na pomoc przyszła Rosja, ciężko doświadczona tak spadkami cen ropy (i dochodów budżetu), jak i sankcjami zachodu. Cykl wyniósł wtedy około dwóch lat. Czy i teraz tak będzie?

Rosja

Rosja, natychmiast po wybuchu konfliktu, doświadczyła ucieczki dolara, co spowodowało obniżenie wartości rubla. W tym zawirowaniu stracił on 30% wartości wobec dolara. To oznacza, że co prawda rosyjskie koncerny będą chronione przez niższe koszty, płacone w słabszym rublu, ale skutki tego odczuje społeczeństwo w postaci obniżonego poziomu życia, co już przerabiało po kryzysie 2014 r.

Rosja wprowadziła już wcześniej w życie mechanizm obronny. Gdy budżet nie dostaje wystarczających dochodów z ropy (której cena dla równowagi budżetowej w 2020 r. powinna wynosić 42 dolary), uruchamia się środki funduszu dobrobytu (ФНБ), sprzedaje dolary, zamienia je na ruble, co stabilizuje wartość rosyjskiej waluty, a jednocześnie kieruje środki z lokat na globalnych rynkach finansowych na inwestycje w rosyjską gospodarkę. Także przy zaciśnięciu pasa przez Rosjan, ich gospodarka ma szansę rozwinąć się przez inwestycje. I to krajowe, w rublach, nie dolarowe.

Rosja zgromadziła ogromne zapasy kapitału, który na dodatek umieściła w złocie, pozbywając się prawie całkowicie dolarów. To jest potężna poduszka, chroniąca przed scenariuszem ropy po 25-30 dolarów nawet przez 10 lat. Jednak wartość tych środków jest odzwierciedleniem globalnej sytuacji finansowej. Przy niedawnej wycenie aktywów, posiadanych przez Bank Centralny Rosji, okazało się że z 581 miliardów rezerw walutowych „wyparowało” aż 30 miliardów, pozostało jedynie 551 miliardów… Podobne problemy przeżywa norweski fundusz dobrobytu, który ze sprzedaży ropy i gazu zgromadził ponad bilion dolarów (tak dwie gospodarki Polski, mierząc to PKB). Więc wartość tych rezerw jest rzeczą umowną.

Ameryka i nowy OPEC+?

Donald Trump początkowo zareagował radością z niskich cen benzyny dla amerykańskich kierowców. Jednak protesty amerykańskich nafciarzy były na tyle silne, że przyszła refleksja: „dopóki nie byliśmy wiodącym producentem… oskarżałem OPEC o wysokie ceny paliw„. Tak było „dopóki„, teraz Trump mówi: „To uderza w wielki i potężny przemysł„. Rzeczywiście, to ogromny sektor amerykańskiej gospodarki – 8% PKB, ponad 10 milionów miejsc pracy i aż 15% inwestycji – to siła, której każdy amerykański polityk będzie bronił. Dlatego prezydent obiecuje działać i natychmiast ogłasza zakup 30 mln baryłek ropy (4 miliony ton) dla federalnych rezerw strategicznych, aby później uzupełnić zakupy do 77 mln baryłek (ponad 10 mln ton). To pierwszy ruch dla podtrzymania cen, rzeczywiście na chwilę zadziałał. Potem się okazało, że nie ma na to pieniędzy, bo Kongres nie chciał ratować tego złego Big Oil.

Amerykański biznes wie, do kogo się zwrócić, gdy konkurencja narzuca nieprzyjemne warunki gry. Naftowy miliarder Harold Hamm wystosował petycję do Departamentu Handlu, twierdząc, że „to jest bezpośredni atak na amerykańskich producentów ropy i gazu… [Rosja i Arabia Saudyjska] zalewają świat ropą, uderzają w naszą branżę, chcąc ją zniszczyć„.

W tej sytuacji przypomniano sobie o starej praktyce regulowania wydobycia, która była na długo przed OPEC, i która służyła tej organizacji jako wzorzec działania. Chodzi o Texas Railroad Commission (TRC), która zaraz po zerwaniu wiedeńskiego spotkania przypomniała sobie, że może regulować wydobycie w Teksasie, podobnie jak robiła to przez pół wieku, kończąc te praktyki dopiero w 1972 roku. Komisja nawiązała rozmowy z OPEC, została zaproszona na najbliższe spotkanie, a do Arabii Saudyjskiej wysłano nowego specjalnego wysłannika Departamentu Stanu, który wraz z Departamentem Energii i miejscowym attache ds. energetycznych będzie pracował kilka tygodni nad „stabilizacją rynku”. Pogłoski o nowym sojuszniku naftowym OPEC, podgrzały emocje, ropa przestała tanieć. Nic dziwnego, skoro administracja Trumpa rozmawiała z Saudami o ich „wyjściu z OPEC i zawiązania sojuszu z USA”, a przedstawiciel TRC rozmawiał z sekretarzem OPEC o „koordynacji cięć wydobycia”.

Taki scenariusz oznaczałby globalny przewrót, nowy OPEC+ na rzeczywiście globalną skalę. Jednak dlaczego Ameryka miałaby ograniczać wydobycie? To wbrew logice tego potentata naftowego. To Arabia Saudyjska i Rosja powinny to zrobić, żeby zapewnić warunki rozwoju dla amerykańskich nafciarzy. Jednak jeśli wymarzony scenariusz nie spełnia się, trzeba znaleźć wyjście awaryjne. Rozmowy się zaczęły, choć pozostaje problem „tego trzeciego”. Gdyby nowy sojusz miał być wymierzony w Rosję, to znaczy USA i Saudowie obniżyliby wydobycie, paradoksalnie największym beneficjentem byłaby Rosja, mając możliwość podnoszenia produkcji i zdobywania rynków, a na dodatek wysokie ceny.

Jednak z Rosja można sobie poradzić na dwa sposoby: ale zaprosić ją do tej zmowy, albo ukarać mocnymi sankcjami. Choćby odciąć rosyjskie firmy naftowe od dolara i zagrozić wszystkim innym, że za kupno od niej – także ich to czeka. Tak zrobiono z irańska ropą i wszystkie wielkie koncerny, a nawet potęgi takie jak Chiny czy Indie – posłuchały się i albo całkowicie zaprzestały kupna ropy, albo obniżyły zakupy do minimum. Powód? Pomaganie Wenezueli, albo każdy inny, Krym, Ukraina, Syria… zawsze coś się znajdzie. W obu przypadkach Rosja, do niedawna największy producent ropy, musiałaby ograniczyć wydobycie, bo wszyscy odwróciliby się jak od zadżumionego. No, dzisiaj uciekaliby w panice, jak przed człowiekiem z metką na czole „korona wirus”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here