Ratowanie klimatu czy biznes?

0

Indie to wielki i biedny kraj. Hindusi zużywają małe ilości energii, a 300 milionów osób (z 1,4 miliarda mieszkańców) nie ma dostępu do elektryczności. Zaś suszone krowie odchody są podstawowym opałem w gospodarstwach domowych. Jednak chcąc nadrobić te zaległości, a jednocześnie ratować globalny klimat, Indie w 2010 r. wprowadziły rządowy program rozwoju energii słonecznej. Zastosowano specjalne taryfy („feed-in-tariff”), gwarantując dostawcom energii stałe ceny na wiele lat. Wyznaczono cel – 20 tysięcy megawatów mocy w 2022 r. Później ten cel zwiększono do 100 tysięcy megawatów. Aby uzmysłowić skalę indyjskich ambicji należy przypomnieć, że na świecie jest dziś zainstalowanych 227 tys. MW mocy słonecznych (2015).

Żeby nie stać się miejscem, do którego importuje się zachodnie bądź chińskie instalacje, a odbiorca i państwo dopłacają do tego kosztownego interesu, Indie postanowił rozwinąć krajową produkcję paneli fotowoltaicznych. Ustanowiono więc wymóg „krajowej zawartości” („local content requirement – LCR”) w ogniwach krzemowych. „Indie chcą tak planować politykę energetyczną, by rozwijać krajowy przemysł, jednocześnie pozwalając innym na eksport swoich produktów” – tłumaczono. Zarówno energię wytworzoną przez krajowe instalacje, jak i importowane – objęto wieloletnimi zobowiązaniami zakupu po stałej cenie (feed-in-tariff).

Niemiecka energia – i tania i droga

Energia odnawialna jest droga i jest poważnym obciążeniem dla odbiorcy. Europejscy liderzy tej branży – Niemcy, mają dość przejrzysty system, dzięki któremu można śledzić, jak wzrastający udział „zielonej” energii uderza odbiorców po portfelach. Niemieckie prawo energetyczne (Erneuerbare Energien Gesetz) ustanawia system stałych cen płaconych za różne rodzaje energii odnawialnej na zasadzie Feed-in Tariff, czyli gwarancji […]

Read more

Pomysł na rozwój krajowego przemysłu nie wypalił. Instalujący panele słoneczne zwrócili się masowo w stronę importowanych produktów. Powód tej popularności był dość oczywisty: amerykańska agencja wspierania inwestycji zagranicznych oferowała tani kredyt (3% oprocentowania wobec 15-procentowych krajowych ofert), przy dogodnych długoterminowych spłatach. Jednakże pod jednym warunkiem – towar musiał być kupiony u amerykańskich producentów. To kładło na łopatki indyjską produkcję.

Zarzuty, że Amerykanie celowo niszczą konkurencję, rzecznik U.S. Export-Import Bank odrzucił z niesmakiem. Stwierdził, że jest to ustawowe zadanie tej instytucji, a Senat USA, przeznaczając pieniądze na rozwój zagranicą – wymaga, by pożyczki były użytkowane na zakup amerykańskich produktów. W odpowiedzi Indie rozszerzyły wymóg krajowej produkcji na wszystkie rodzaje ogniw, pozostawiając jednak połowę rynku dla swobodnego importu.

Dlatego USA oskarżyły Indie przed arbitrażem WTO w 2013 r., zarzucając im że promowanie krajowej produkcji urządzeń energii słonecznej jest niezgodne z regułami światowego handlu (GATT z 1994 r. i kolejnymi rundami WTO). Tę praktykę uznały za „subsydiowanie krajowej produkcji”, twierdząc, że takie „lokalizowanie” produktów jest „nieuczciwą przeszkodą dla amerykańskiego eksportu”, a my „jesteśmy zdecydowani bronić naszych przedsiębiorstw i miejsc pracy”. Zażądały, by Indie zrezygnowały z tego programu i nie utrudniały importu instalacji słonecznych.

Indie w odpowiedzi wskazały przykłady trzynastu stanów i miast w USA, które również wspierały lokalną produkcję urządzeń energii odnawialnej, takich jak Michigan, Los Angeles, Kalifornia, czy Austin w Teksasie. Hindusi skarżyli się też, że pieniądze na rozwój energii odnawialnej mały być przeznaczone przez Zachód na rozwój produkcji w krajach rozwijających się, a nie na dofinansowanie własnego eksportu, jednak argument ten nie znalazł zrozumienia za oceanem.

To oczywiste, USA chronią własny przemysł, a mówiąc o rozwoju energii odnawialnej myślą o sobie jako producencie – dostawcy technologii i urządzeń. Słabiej rozwinięte kraje widzą zaś jako miejscu ich instalowania. Wszystko ponoć dla „ratowania globalnego klimatu”. Na ten argument powołali się amerykańscy zieloni, przekonując że ambitne plany Indii w promocji energii słonecznej mogą się nie udać. Wszystkie instalacje trzeba będzie importować, a dofinansowywana z budżetu zielona energia nie będzie tworzyć lokalnych miejsc pracy, co pogłębi jedynie zadłużenie indyjskiej gospodarki. Oczywiście dla zielonych działaczy zagrożeniem jest ocieplenie klimatu, więc w imię tego apelowali do amerykańskiej administracji, żeby wycofała skargę. Bez efektu, biznes to biznes.

Słoneczne miejsca pracy, czyli chiński ratrak

Gdy jeździliśmy na nartach popularne było powiedzenie „chiński ratrak”. Jeśli jakiś stoczek nie był ubity przez ratraki, wszyscy chętni do korzystania stawali bokiem do stoku i taką tyralierą ubijali nartami świeży śnieg.

Read more

Arbitraże w ramach WTO to zgryzota dla krajów, chcących nadrobić zaległości rozwojowe i na globalnym, otwartym na oścież rynku muszą ochronić własny przemysł, któremu należy pomóc w rozwoju, by stał się konkurencyjnym. Nawet takie bogate regiony jak Unia Europejska mają poważne zastrzeżenia wobec sądów nie podlegających narodowej jurysdykcji. Kraje biedniejsze rzadko składają takie skargi, zbyt są zależne od finansowania zachodu, a i szanse na wygranie sprawy w Waszyngtonie są niewielkie. W tym wypadku też tak było – Indie przegrały arbitraż i będą musiały negocjować z Departamentem Handlu albo poddać się surowym sankcjom.

Światowa polityka jest brutalna wobec krajów rozwijających się. Z jednej strony blokuje się im korzystanie z najtańszych i dostępnych paliw kopalnych, zmusza do stosowania drogiej energii odnawialnej, a jednocześnie pilnie strzeże się patentów, technologii, a tanim kredytem wspiera własne produkty, dbając raczej o biznes niż o klimat.

28 września 2016

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here