Europejskie strategie oporu

część szósta i ostatnia opracowania

Amerykańska gra energetyczna o Europę

Zacznij może od części pierwszej...

Wszystkie tryby dyplomacji Waszyngtonu - od prezydenta, przez sekretarzy stanu i cały aparat Departamentu, a także organizacje międzynarodowe, społeczeństwo obywatelskie, media, a z pewnością też służby specjalne i agentury wpływu – pracują nad wielkim wyzwaniem, by skierować europejską politykę energetyczną przeciw Rosji. Jednak rządy europejskie, podobnie jak energetyczne koncerny starego kontynentu, wciąż starają się zachować możliwie najlepsze kontakty z Rosją.

Jeśli USA głosi powszechnie, że „Rosja trzyma Europę jako zakładnika” dzięki swym dostawom gazu, to w Europie dominuje przekonanie o współzależności - że jest to obopólnie korzystna wymiana, gdy Europa zdobywa rynek dla swoich wysoko przetworzonych towarów, kupując rosyjskie surowce. Ambasada USA w Berlinie tak opisuje niemieckie podejście:

„Niemcy są bardzo zależni od rosyjskich surowców, ale nie widzą tego jako słabości, uważając, że Rosja jest równie zależna od Niemiec jako konsumenta”.

.
Francuzi z kolei uważają, że „lepsza jest zależność od Rosji niż od Iranu, który jest jedyną realną alternatywą”.

Dlatego Europa w momentach zmniejszonego nacisku zza oceanu stara się ułożyć współpracę z Rosją, starając się wykorzystać bliskie sąsiedztwo raczej do budowania rynków dla swoich produktów i importu w zamian surowców, niż realizowania strategicznych planów Ameryki. Chce uzyskać dostęp do rosyjskich złóż, umożliwiając jednocześnie Rosjanom sprzedaż surowców i udział w europejskim rynku energetycznym. W strategii współpracy Europa – Rosja z 2000 roku energia była planowana jako podstawowy obszar współpracy. Jednak cykliczne konflikty na obszarze byłego ZSRR uniemożliwiły realizację tych planów, blokowanych także przez naciski nowych członków Unii, z których najaktywniejsza jest Polska.

Z drugiej strony oceanu panuje jak najbardziej szczera i otwarta atmosfera, nie ukrywa się planów, jedynie ubiera się je w bardzo oględne słowa. Jednak w odróżnieniu od tamtejszej mocnej retoryki, w Europie w sprawach stosunków z Ameryką panuje dyskrecja i wstrzemięźliwość wypowiedzi. Choć w chwilach szczerości (zwykle w kampanii wyborczej albo prywatnej rozmowie) zdarzy się jakiemuś politykowi skrytykować amerykańskie zachowania. Ostatnio publicznie mówił o tym kandydat na prezydenta Francji - Francois Fillon, który skrytykował amerykańskie surowe kary nakładane na europejskie banki, ale także reguły narzucane przez „komitet Bazylejski” jako „bardzo niekorzystne dla Europy, gdyż dopasowane do USA i ich systemu bankowego”.

Europa jest racjonalna i opiera politykę na interesach i pomimo całego "lip service" dla amerykańskich sojuszników, wie doskonale, że konflikt z Rosją znacząco zwiększa zależność Starego Kontynentu od silniejszego sojusznika. Jeszcze bardziej uzależnia od amerykańskiego parasola bezpieczeństwa, za który trzeba słono płacić tak bezpośrednio, jak i w polityce i gospodarce. A że sojusznikom zza oceanu długi rosną bardzo szybko, każą sobie coraz więcej płacić, więc... rządy europejskie starają się jakoś przetrwać. Uśmiechają się, czasami muszą się ugryźć w język i robią swoje, przyjmując różne strategie wobec nacisków zza oceanu.

Opór przybiera często formę bezczynności - wiele spraw, które udaje się Amerykanom przeprowadzić na poziomie deklaracji programowych – nie jest po prostu realizowanych. Tak było z przez lata z rezolucją Parlamentu z września 2009 r., żądającej wspólnej strategii i zdecydowanych działać krajów wschodniej Europy. Wtedy rozlega się wołanie „przecież zobowiązaliście się...”. Często mamy do czynienia z cichym wsparciem dla działań, które nie zgadzają się z narzucaną strategią. Dlatego nie przeciwdziałano w Brukseli kontaktom europejskich koncernów z Rosją.

Europa odnosi bowiem poważne korzyści - importujemy gaz i ropę, ale w zamian eksportujemy technologie, wysoko zaawansowane produkty, a więc tworzymy dobrze płatne miejsca pracy. Od tego zależy wzrost PKB, bilans handlowy, miejsca pracy. Odepchnięcie Rosji jest niekorzystne, gdyż Europa traci znaczącą przewagę, gdy ta ze swoimi ogromnymi zasobami gazu i ropy zwraca się w stronę Azji. Dzisiaj bowiem Rosja jest całkowicie uzależniona od eksportu gazu do Europy, gdy ta importuje ze wschodu jedynie 34% swojego zużycia. Kolejne rurociągi naftowe czy gazowe w kierunku Chin polepszają sytuację Rosji, a pogarszają pozycję Europy i USA, dla których azjatycki sojusz strategiczny jest poważnym wyzwaniem.

Europejczycy doskonale zdają sobie też sprawę z podwójnej gry Ameryki, która z jednej strony – odcina ich od zasobów taniego rosyjskiego gazu, oferuje drogi gaz LNG, a jednocześnie przemysł w USA cieszy się niskimi cenami gazu i energii. Taka przewaga konkurencyjna na dłuższą metę jest dla Europy groźna.

Europa próbuje dzisiaj korzystać z amerykańskiego parasola militarnego i uczestniczyć w porządku światowym, stworzonym przez USA, w którym sama gra drugoplanową rolę. W ramach tego porządku próbuje wbrew sprzeciwom USA zbudować relacje z Rosją oparte na energetycznej bazie rosyjskich surowców i największych światowych zasobów gazu. Ten plan jest odpowiedzią na ubóstwo zasobów energetycznych Europy i jednocześnie jej ogromnych potrzeb. Model globalnego rynku budowanego przez USA wyklucza takie sojusze, mogłyby one nadmiernie wzmocnić innych graczy i osłabić amerykańskie przywództwo.

Jednak strategia cichego oporu działa - skuteczność wpływu USA na Europę maleje. Jak pisze ambasador Smith:

„w 90-tych latach przewaga USA była ogromna, i administracja z łatwością mogła przekonać dużych członków Sojuszu do stanowiska Waszyngtonu w sprawie rozszerzenia Unii. Dzisiaj Berlin, Paryż i Rzym znacznie mocniej opierają się każdej polityce Sojuszu, której sprzeciwia się Moskwa. Siła wpływu amerykańskiego rządu na europejską politykę energetyczną znacząco osłabła ostatnimi laty, chociaż nigdy nie była tak wielka jak to się wydaje w Kongresie czy Departamencie Stanu”.

.

g7-energy-rome1.jpg

Niebezpieczny scenariusz konfliktu

Czerwoną kreską, której Bruksela nie chce przekroczyć, to postawienie się w roli otwartego wroga Rosji. Europa nie chce mieć wrogiego mocarstwa u swoich granic, nie chce zimnej wojny, bo to może doprowadzić do prawdziwej wojny. Straty ponoszone przy sankcjach byłyby niczym przy zniszczeniach, do których doprowadziłby konflikt militarny.

Na horyzoncie bowiem rysują się groźne scenariusze. Już dzisiaj Europa jest otoczona „pierścieniem ognia” tak z południa (Afryka), od strony Bliskiego Wschodu, jak i na wschodniej flance (Ukraina). Jeśli uznamy więc prosty fakt, że gazu rosyjskiego jest za dużo i jest zbyt tani, by dało się go usunąć z Europy, jasne się staje, że szanse na jego wyeliminowanie są żadne. Jednak gdyby udało się zbudować infrastrukturę wystarczającą do zastąpienia gazu ze wschodu przez dostawy LNG… można by w końcu zmusić Europę do sankcji energetycznych wobec Rosji. Przy okazji kolejnych kryzysów, które lubią się w naszym regionie powtarzać co kilka lat (2008 r. Gruzja, 2014 r. - Ukraina) można by zablokować import gazu i ropy. W 2011 roku udało się Amerykanom tak „wykręcić rękę” Brukseli, że zastosowała radykalne sankcje wobec Iranu, blokując import ropy, na czym traciła tylko Europa, gdyż Ameryka nie utrzymuje żadnych stosunków z Iranem.

Uderzenie w Rosję byłoby potężne, koszty można uzasadnić kolejną „agresją Rosji”, a jej gaz ziemny zastąpić dostawami LNG z USA, Kataru czy Australii. Przy okazji można dużo zarobić, gdyż przy wyeliminowaniu tak dużej ilości gazu z rynku, jego cena osiągnęłaby niesłychanie wysokie poziomy. A na rynku LNG w najbliższych latach rysują się już ogromne nadwyżki podaży.

Wszystko wskazuje na to, że grunt pod wojnę ekonomiczną z Rosją (może jako część wojny z Chinami) jest przygotowywany. Na taki scenariusz działań wskazuje też intensywność, z jaką Waszyngton posługuje się sankcjami ekonomicznymi. Celem zabiegów o dywersyfikację jest w razie konfliktu zaopatrzenie w gaz sojuszników w środkowej Europie. Taka alternatywa dostaw może skłonić stare kraje Europy, by byli bardziej „elastyczni” gdy przyjdzie do podjęcia strategicznych decyzji o wojnie ekonomicznej, a może nawet o realnej wojnie na wschodnich rubieżach.

Tylko bowiem planami wojennymi, nastawieniem na konflikt i uodpornieniem na jego skutki można wytłumaczyć promocję tak anty-ekonomicznych projektów jak litewski czy polski gazoport, czy rurociąg z Norwegii do Polski. Region środkowej Europy, który byłby strefą takich działań, jest najbardziej uzależniony od rosyjskich dostaw gazu, dlatego trzeba zapewnić mu możliwości alternatywnych dostaw. Dlatego trzeba zbudować system „solidarności gazowej”, zabezpieczający państwa wschodnich rubieży Unii w dostawy gazu z Niemiec. Przygotowania do takiego scenariusza mieliśmy przy dostawach na Ukrainę.

Do takiego rozwoju sytuacji już się zresztą przygotowano. Gdy w Komisji przeprowadzano „stress test” europejskiego systemu gazowego, jedynym rozpatrzonym dokładnie scenariuszem było całkowite przerwanie dostaw z Rosji. Choć dzisiaj wydaje się ono nierealne, lepiej jednak być przygotowanym, jeśli trzeba będzie nałożyć na Rosję dodatkowe, dużo bardziej bolesne sankcje.

To tylko tak tylko na chwile oddaliliśmy się od przyglądania się amerykańskim oddziaływaniom na politykę energetyczną Europy rozważając możliwe scenariusze rozwoju sytuacji. Trzeba myśleć realistycznie i wyciągać wnioski z ciągłego nacisku na możliwość „zakręcenia gazowego kurka” przez Rosję. Przecież nie tylko jedna strona ma kurek, a przygotowania po naszej stronie do zakręcenia go są czynione nad wyraz intensywnie.

Niesymetryczne relacje

Na zakończenie trzeba zapytać, czy opisane powyżej działania mają swój odpowiednik w polityce Europy, czy odpowiada ona choćby w części podobnymi strategiami, używa podobnych narzędzi i przeprowadza porównywalne projekty jak Stany Zjednoczone. Otóż nie – relacje transatlantyckie są całkowicie asymetryczne. Nie ma żadnych podobnych działań po naszej stronie. Europa nie planuje polityki energetycznej USA, nie ma narzędzi codziennego oddziaływania na nie, na konferencjach rządowych czy parlamentarnych w Ameryce, żaden europejski wysłannik nie przedstawia oczekiwań (delikatne określenie dla „żądań”) wobec Białego Domu.

O oddziaływaniu Waszyngtonu na Europę mówi się niewiele. W oficjalnych mowach i oświadczeniach, w mediach pisze się o tym bardzo enigmatycznie. Używa się zawoalowanego języka, takich słów, jak „zachęcać”, „wspierać”, pada często słowo „pomoc”, „współpraca”. Amerykańscy urzędnicy mówią o „głębokiej trosce” o bezpieczeństwo energetyczne Europy. Ezopowy język dominuje, skromne informacje na dalekich stronach…

Europa nie rozgrywa żadnej, nawet niewielkiej „energetycznej partii szachów” za oceanem. Gdyby był jakiś sztab generalny europejskiej armii, której też przecież nie ma, strategiczne wyzwanie dla Europy ze strony Ameryki można by określić jako „energy domination” (dominacja energetyczna).


- - -
kwiecień 2017 r.
tekst dla Nowa Debata

komentarze: 6

Bardzo mądry artykuł

ale czy ten głos coś zmieni? Trzeba tylko liczyć, że kiedyś zakończy się to antyrosyjskie szaleństwo. Amerykanie mają zwyczaj destabilizować regiony świata dla osiągnięcia swoich celów ekonomicznych. Nie przejmują się wielce konsekwencjami, bo z zasady są daleko geograficznie, a często nawet nie osiągają tych celów. Aktualne relacje powiązań Europy i Rosji są zdrowe, co wynika także z artykułu. Zepsucie tego pogorszy jeszcze bardziej konkurencyjność gospodarki europejskiej, jak też może destabilizując sytuację w Rosji odprowadzić do trudnych do przewidzenia konsekwencji.

Andrzej's picture

nie zmieni nic na 100 procent :-)

ale warto przedstawić to, czego nie pokazuje się wcale w tym natłoku propagandy. Żeby zrozumieć, co się realnie dzieje.

Może ktoś kiedyś coś z taką wiedzą zrobi? człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi...

Gaz

Szanowny Panie,
mógłby Pan wytłumaczyć dlaczego taka polityka USA przedstawiana jest przez Pana negatywnie? Przecież z punktu widzenia Polski, której Rosja jest odwiedcznym geopolitycznym konkurentem taka sytuacja jest bardzo dobra. Mam na myśli osłabianie Rosji i współpracy między Rosją, a UE.

Andrzej's picture

Po pierwsze - nie piszę

Po pierwsze - nie piszę "negatywnie". Opisuję coś, co w Polsce nie było do tej pory opisane.

Po drugie - to nie ma nic wspólnego z polską polityką w tych sprawach. Kiedyś to opiszę.

A pisanie "Rosja jest odwiedcznym geopolitycznym konkurentem" pokazuje już styl myślenia, z którym się nie da dyskutować, bo to jest specyficzne określenie, które niesie za sobą ten rodzaj myślenia, jaki skazuje nas na wrogość i konflikt tak z Rosją, jak i Niemcami.

Panie Andrzeju. To niestety

Panie Andrzeju. To niestety nie jest myślenie, a odruch (jak np. odruch wymiotny, odruch Pawłowa itp). :) Biedny człowiek odruchowo i bezrozumnie powtarza coś co usłyszał.
Wiemy przecież, że to bełkot. Polska przestała być geopolitycznym konkurentem Rosji jakieś 300 lat temu, natomiast sama relacja bezpośredniego sąsiedztwa nie ma decydującego znaczenia. Plemiona Indiańskie konkurowały ze sobą, miały "odwiecznych" wrogów i przez pewien czas uważały, że trzeba trzymać z sojusznikami zza wielkiej wody. No bo przecież Blade Twarze są daleko, a tych Siuksów, tych Azteków - tak nienawidzimy! No i jak to się skończyło?
W latach 80 Irak i Iran wykrwawiły się w wojnie między sobą, a potem USA napadły na Irak i teraz nękają Iran. Z punktu widzenia Iraku i Iranu trzeba było się dogadać 40 lat temu.

To tak się w głowie nie mieści, że można ciemiężyć kraj na drugim końcu świata? Jedyne co Polacy wyciągają z historii, to że "sunsiad jest zły". Nawet ze zdrady odległych sojsuzników w 1939 nie wyciągamy wniosków. Po co tych ludzi uczono historii skoro oni nie potrafią przeprowadzać elementarnej analizy? Po co oni uczą się "1984" Orwella gdzie jest opisana technika rządzenia za pomocą pozorowanego konfliktu światowego? Dla ludzi "1984" to pewnie "krytyka komuny". tyle zrozumieli.

Druga rzecz na jaką chciałem zwrócić uwagę, to maniera trolli, ewentualnie ludzi ogłupionych propagandą aby operować właśnie w kategoriach "co ty tak źle o Ameryce". Zero odnoszenia się do meritum! Naćpa się taki telewizją, Onetem a potem żąda by KAŻDY równał do jednego mianownika, bo przecież do czego to podobne aby istniały różne poglądy. W tym przypadku jest tylko jedna racja, mianowicie dżihad antymoskiewski pod wodzą proroka z Białego Domu. :)

Trzecia sprawa. USA jest rządzone przez jakobińską dzicz.
https://www.youtube.com/watch?time_conti...
czym to się różni od ISIS albo bolszewików?

i niestety ludzie w Polsce nie mogą jakoś pojąć, że UE to jest to samo co Ameryka. Ten sam system wartości, te same banki, służby. Zgadzając się na pełną dominację władyz ośrodków operujących z USA sprowadzamy na siebie nieszczęście. "konserwatyzm" (normalność) Trumpa nie musi być szczery, a na pewno nie jest podzielany przez amerykańskie elity. Te elity są bardzo zaborcze i mają manierę narzucania innym narodom swojej ideologii. Rosja w mojej opinii ma tą zaletę, że jest nieporównywalnie słabsza od USA. No, ale przecież to Aztekowie. Nienawidzimy ich.

Tylko Jamałów żal

https://pl.sputniknews.com/swiat/2017091... Gazprom zwiększy tranzyt gazu przez Ukrainę.
Jak czytam tą wiadomość, to nawet nie staram się zrozumieć naszych kolejnych władz, co to przy każdej okazji możliwości zbudowania infrastruktury umożliwiającej tranzyt przez Polskę rosyjskiego gazu, to martwili się, czy to nie zaszkodzi banderowskiej Ukrainie. A teraz Ukraińcy mają naszych polityków w du..ie.

skomentujesz?

Filtered HTML

  • Use [fn]...[/fn] (or <fn>...</fn>) to insert automatically numbered footnotes.
  • Allowed HTML tags: <a> <i> <b> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <font> <dt> <blockquote> <img> <center> <strong> <em> <u> <b> <span> <bgcolor> <del> <strike>
  • Youtube and Vimeo video links are automatically converted into embedded videos.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.
  • Lines and paragraphs break automatically.