Rurociąg do Norwegii to obiekt westchnień rządu i element strategii naszego gazowego monopolisty. Pomysł ogłoszono w styczniu, gdy nowy wiceprezes PGNiG Janusz Kowalski zapowiedział przywrócenie do życia pomysłu, który dwukrotnie już był przygotowywany i upadał z powodu braku opłacalności i celowości inwestycji. Później uzupełnił naszą wiedzę nowy wiceprezes PGNiG Maciej Woźniak, mówiąc w lutym, że efektywny ekonomicznie byłby rurociąg przesyłający 7 mld m3 gazu rocznie. Powiedział także, że PGNiG gotowy jest nie tylko do transportu własnego gazu, ale także przygotowany do zapełnienia tej magistrali. „Chcemy ten gaz sprowadzić do Polski”. Zacząć trzeba od projektu, poprzedni bowiem jest już nieaktualny, gdy kilka lat temu PGNiG przekazywało Gaz-Systemowi projekt norweskiej rury, to się okazało, że prace nad nim są warte milion złotych, bo jedyne co powstało to ocena wykonalności. Z pewnością pozytywna.

Dla nowego projektu Energinet i Gaz System planują studium wykonalności projektu, a wykonać go mają renomowane firmy projektowe Ramboll Danmark, Gazoprojekt S.A, zaś pięknie opakują takie tuzy doradztwa jak E&Y. W tym czasie pani Premier Szydło spotkała się już w tej sprawie z premierami Norwegii i Danii.

Jednak ogłaszając wznowienie starego projektu Baltic Pipe nasz główny dostawca gazu – PGNiG – otwiera już trzeci front walki.

Pierwszy to wiadomo – Rosja i Gazprom. Dzisiaj tak polski rząd jak i zarząd PGNiG wprost ogłasza walkę z rosyjskim gazem, który nawet przysłany z Niemiec, nie zaspokaja naszych dywersyfikacyjnych ambicji. Jednak jest z tym pewien problem – my go nie chcemy, ale inni chcą i są skłonni nawet wybudować drugi rurociąg przez Bałtyk, żeby rosyjski gaz nieprzerwanie płynął do Europy. Żeby Unia nie musiała się ciągle gimnastykować i negocjować między Ukrainą a Rosją, by zabezpieczyć sobie spokojną zimę. Dlaczego chcą? Bo jest pewny i tani. W Europie (w odróżnieniu od Ukrainy czy Białorusi) nie było ani jednego przypadku przerwania dostaw z powodów politycznych, którego tak się obawiamy.

U nas zresztą też nie było, co najwyżej oberwaliśmy jakimś odłamkiem konfliktu Gazpromu z Ukrainą lub padliśmy ofiarą podbierania gazu na Ukrainie jak w 2006 roku. Więc od prawie pół wieku to pewne źródło gazu działa i zabezpiecza potrzeby Europy. Ale co ważniejsze – jest to tani gaz, który nie musi bać się konkurencji ani z Norwegii ani z Ameryki. Dlatego pomimo politycznych nacisków wciąż znajduje chętnych nie tylko do nabycia, ale także do wspólnych kosztownych inwestycji. Jesteśmy więc z lekka osamotnieni w naszych odczuciach i staraniach.

Jest też drugi front, o którym trochę ciszej, ale ten jest dużo ważniejszy niż pierwszy. To front zachodni – Unia Europejska ze swoimi planami otwartego rynku gazu. Temu naporowi Polska ulega znacznie mocniej, tracąc kontrolę nad dostępem do rynku i oddając udziały rynkowe PGNiG na rzecz nowych graczy. W niedługiej, (kilkuletniej) perspektywie będzie to oznaczało, że nasza polska firma będzie musiała podjąć twardą konkurencję z potentatami tego rynku, którzy wiele lat temu przygotowali się do zwiększenia obszaru działania, a przede wszystkim starają się sięgać do konkurencyjnych źródeł zaopatrzenia, przede wszystkim rosyjskich. Tak więc przy otwartym rynku europejskim, konkurencja z nimi nie będzie łatwa, szczególnie gdy jest się obciążonym kosztownymi strategicznymi projektami, jak katarski czy norweski gaz.

Trzeci front – na który właśnie PGNiG wraca – to globalny rynek gazu, próba uzyskania dostępu do innych źródeł niż regionalnie. Gaz katarski czy norweski jest próbą uwolnienia się od zależności od dostawcy dominującego w regionie. Strategia dywersyfikacji jest jednak kosztowna, co widać nawet po dostawach ropy, gdzie regionalny dostawca (Rosja) ma wielką przewagę nad światowymi źródłami. Natomiast problem z gazem jest o tyle poważniejszy, o ile koszty transportu morskiego są wyższe przy gazie ziemnym, który trzeba zmrozić i skroplić, od kosztów przewozu ropy, który jest niższy od przesyłu rurociągami. W gazie ziemnym przewaga rurociągów jest ogromna, stąd konkurencyjność LNG występuje tylko wtedy, gdy nie można doprowadzić rurociągów (jak choćby w przypadku Japonii). Dlatego przy niskich cenach gazu realizacja marzeń o gazie zza mórz będzie bardzo kosztowna.

Wymarzone źródło gazu – Norwegia – też ma kilka ograniczeń. Pierwsze i fundamentalne to fakt, że wydobycie będzie się zmniejszać. Norweski regulator przewiduje spadek wydobycia w najbliższych latach, poziom inwestycji poważnie się obniżył ze względu na niskie ceny, więc płonne są nadzieje na dodatkowe ilości gazu z Morza Północnego. Norwegowie mają świetne rynki zbytu blisko miejsc wydobycia, przede wszystkim Wielką Brytanię, która jest daleko za szczytem produkcji i zachodnią Europę, łącznie z Niemcami. W tym rejonie najważniejszym wydarzeniem jest ograniczenie produkcji złoża Groningen, z którego wydobycie ze względu na szkody sejsmiczne zostało zmniejszone.

Upadająca produkcja i rosnący popyt na import wysysa więc norweskie zasoby na tyle, że docieranie do dalekich, nowych rynków w Europie, takich jak Polska, jest poza zasięgiem Norwegów. Nie mówiąc już o tym, że przesłanie przez system duńskich rurociągów planowanych 7 miliardów gazu do Polski, wymagałoby znaczącej rozbudowy, wręcz podwojenia mocy systemu przesyłowego, gdyż dzisiaj Dania sama zużywa 4 miliardy m3. A już w ogóle mówienie o fizycznym sprowadzaniu norweskiego gazu PGNiG do Polski wykazuje brak znajomości dzisiejszego rynku w Europie.

Słabość norweska tego projektu widoczna jest jak na dłoni w stanowiskach dwóch firm, które miałyby się zaangażować: Statoil i Gassco. Wielki norweski producent wolałby umieścić w Polsce kolejne (po Litwie) ilości gazu skroplonego i jak delikatnie sugeruje, może to zrobić natychmiast, bez budowania rurociągu. Oczywiście dla rurociągu konieczny jest kontrakt długoterminowy, by inwestycja była opłacalna. Podobnie operator systemu rurociągów Morza Północnego Gassco poinformował, że „obecnie nie planuje budowy nowych połączeń gazowych”. Oczywiście, jak Polska słono zapłaci, to wszystko się zbuduje i dostarczy, pytanie tylko czy taki jest cel inwestycji.

Jak widać fundamentalne czynniki, które kreują możliwości są niekorzystne dla tego projektu. Jeśli o poprzednich próbach połączenia ze światowym rynkiem, by sprowadzić nierosyjski gaz można było dyskutować, o tyle dzisiaj – po dwudziestu latach od pierwszej próby – gazowa Europa zmieniła się całkowicie, i dzisiaj projekt będzie całkowicie niepotrzebny. Podobnie zresztą jak gazoport.

Przy okazji norweskiego rurociągu pojawia się coś bardzo charakterystycznego dla polskiej polityki gospodarczej. Spotkanie pani premier Szydło z jej kolegą z Danii było bardzo ciekawe. Z naszej strony padała kilkakrotnie deklaracja, jak ważne są nasze strategiczne projekty, takie jak bałtycka rura. Przypomnę, strategiczne oznacza najczęściej – nieekonomiczne, podlegające politycznym lub innym poza-ekonomicznym decyzjom. Dochód z takich inwestycji jest bardzo wątpliwy, ale świetnie nadają się one jako hasło dla masowego odbiorcy, czyli wyborcy. Podgrzewają atmosferę i przyjemnie łaskoczą próżność masowego odbiorcy.

Ze strony duńskiej premier Rasmussen ledwo zająknął się o „przeprowadzeniu studium wykonalności dla gazociągu między Danią a Polską”, natomiast wyjątkowo ucieszył się z deklaracji naszej pani Premier o „stworzeniu jeszcze lepszych warunków dla inwestorów z Danii”. To oznacza, że przedsiębiorstwa duńskie będą odnosić większe zyski z zainwestowanych w Polsce pieniędzy. A te inwestycje po 27 latach nowego ustroju gospodarczego nie wyglądają najlepiej. O ich bardzo złym bilansie (wyrażonym w międzynarodowej pozycji inwestycyjnej) mówił premier Morawiecki przy swoim „planie odpowiedzialnego rozwoju”. Jeśli przyjrzeć się konkretnemu przypadkowi Danii, to wynik nie jest zbyt zachęcający. Polska ma zaledwie 150 milionów złotych zainwestowane w Danii, podczas gdy Duńczycy prawie 13 miliardów zł (dane netto za 2014 rok). To znaczy 85 razy więcej, a gdy policzyć to na portfel każdego obywatela, to wychodzi jeszcze gorzej (Duńczyków jest zaledwie 5,6 miliona).

Podobnie z dochodami z inwestycji, Polska uzyskuje w Danii zaledwie 2,9 mln zł, gdy Duńczycy – prawie 600 mln. Jak widać, dochodowość duńskich inwestycji jest 2,5-krotnie wyższa niż polskich. Tak więc, jeśli zrealizujemy nasze zobowiązanie do poprawienia warunków dla duńskich inwestorów, już nie 600 milionów, a znacznie więcej będzie co roku wyjeżdżać z Polski. A my będziemy żyli iluzjami kolejnego strategicznego projektu w „zmniejszaniu zależności od Rosji”. Duńczycy są jednym z najbardziej zamożnych narodów świata, może warto się od nich uczyć?

25 kwietnia 2016, ilustracja: slajd z prezentacji PGNiG z 2007 r.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here