2018: zalewamy się gazem pod korek

4

Dla Polski rok 2018 był rokiem “wielkiego zakontraktowania” dostaw gazu na kolejne ćwierć wieku. Przygotowania trwały już od 2017 r., gdy w marcu PGNiG podwoiło ilości zakontraktowane z Qatargas, a 21 listopada zawarło kontrakt na dostawy amerykańskiego gazu poprzez brytyjskiego pośrednika Centrica.

Rok ubiegły rozpoczęliśmy ze zobowiązaniami 2,2 mln ton rocznych odbiorów LNG, czyli 2,9 miliarda m3 rocznie. I PGNiG rzeczywiście zwiększyło znacząco dostawy gazu z morza, które dochodzą już do 20 procent całego importu. W porównaniu z Europą, gdzie wykorzystano zaledwie 22 procent mocy terminali regazyfikacyjnych, w Polsce było znacznie lepiej – wykorzystaliśmy aż 48% potencjału gazoportu. To znaczący postęp wobec 30 procent rok wcześniej.

Oprócz wzrostu odbioru gazu zza mórz i oceanów, gwałtownie zwiększyliśmy nasze zobowiązania kontraktowe na ćwierć wieku naprzód. Końcówka roku przypominała wręcz “sprint przez kontrakty”. W październiku – 2,7 mld m3 gazu rocznie w 20-letnim kontrakcie sprzedał nam gazowy amerykański start-up Venture Global LNG. Firma jeszcze nie ma pozwoleń na budowę, jednak polski konsument zapewnił jej sprzedaż na długie lata. Miesiąc później zawarto kontrakt z Cheniere na zakupy już od tego roku. Przez cztery lata po 0,7 mld m3, a później do 2042 roku – prawie 2 miliardy rocznie. W grudniu kontrakt z Port Arthur LNG (Sempra Energy) dodaje do portfolio dostaw kolejne 2,7 miliarda m3 rocznie.

Od 2023 roku przez dobrych kilkanaście lat, w kilku kontraktach aż do 2032 roku PGNiG zobowiązało się odbierać ponad 10 mld m3 LNG rocznie. Nie wszystkie dostawy, tak jak katarski gaz, są “przywiązane do Polski”, część będzie można sprzedać na światowych rynkach, jednak to jest gra dla potężnych graczy dysponujących globalnym portfolio dostaw i odbiorców. Dla małych to walka pod górkę i pod wiatr.

Mamy więc nowy „kontrakt gazpromowski” przez dobrych kilkanaście lat PGNiG zobowiązało się odbierać ponad 10 mld m3 LNG rocznie. Nie wspominając już nawet o tym, że kiedyś mówiono o zakończeniu długoterminowych kontraktów w imię swobody kontraktów na rynkach spotowych. Teraz jeden po drugim podpisywane są kontrakty długoterminowe, na dłuższy okres niż pierwotnie z Gazpromem. jednak problemem kluczowym jest oczywiście koszt gazu i konkurencyjność wobec rosyjskich dostaw. Dlatego zbywanie takich wyzwań stwierdzeniem, że „LNG z USA może być opłacalne”, z naciskiem na „może” – jest jednak mało przekonujące. Wszystkie dane są publicznie dostępne i jasno z nich wynika, że „nie może”. Potwierdzają to zresztą szefowie największych gazowych firm europejskich, publicznie ogłaszając, że gaz amerykańskie jest o połowę droższy od notowań na europejskich giełdach.

Powstaje pytanie, dlaczego tak dramatycznie się zakontraktowujemy, wiążąc się na dziesiątki lat z najdroższymi źródłami gazu. To na integrującym się europejskim rynku skazuje nas na porażkę, za którą ktoś będzie musiał słono zapłacić. Beneficjentem ostatnich kontraktów są amerykańskie firmy, mając zabezpieczoną sprzedaż i zyski na dziesięciolecia.

Ale czy można się temu dziwić, skoro globalny akwizytor LNG – Rick Perry, sekretarz ds. energii – mówi: “Ameryka nie sprzedaje światu energii, Ameryka sprzedaje WOLNOŚĆ”. A przecież na taki towar jak wolność nie ma ceny.

4 KOMENTARZE

    • nie wpłynie, koszty zostaną przerzucone na ludność. Tak jest w dzisiejszym modelu energetycznym (gaz to i energia i surowiec), że przemysłu nie obciąża się dodatkowymi kosztami, je ponosi konsument indywidualny. Nie można przecież obniżać “konkurencyjności” 😉

  1. Na pocieszenie można dodać, że p. Pompeo wspomniał Polskę jako czempiona dywersyfikacji i łamania rosyjskiego monopolu na Cera Week w Houston.
    Przyjaźń musi kosztować więc się wykrwawiamy.

  2. Do czasu, jak konsument będzie miał wybór to wybierze tańszy produkt, czyli kto ma chęci i energię powinien jak najszybciej założyć firmę importującą nawozy azotowe np z Łotwy / to dopiero cud gospodarczy nie mają fabryki ale eksportują duże ilości nawozów azotowych do Polski – oczywiście nawozy nie pochodzą z Rosji /. Czyli podobnie jak z naszymi jabłkami tylko w odwrotną stronę, nagle Białoruś, Serbia, Kazachstan czy też inne kraje stały się dużymi eksporterami jabłek do Rosji – też cud gospodarczy i przyrodniczy w ciągu zimy wyrosły taaaakie sady.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here